Ks. Adam Skwarczyński: List do nadużywającego alkoholu oraz do jego rodziny

Bracia moi, jeśliby ktokolwiek z was
zszedł z drogi prawdy,
a drugi go nawrócił, niech wie,
że kto nawrócił grzesznika z jego błędnej drogi,
wybawi duszę jego od śmierci
i zakryje liczne grzechy.
(Jk 5,19-20)

Wielu, co posnęli w prochu ziemi, zbudzi się:
jedni do wiecznego życia, drudzy ku hańbie, ku wiecznej odrazie.
Mądrzy będą świecić jak blask sklepienia,
a ci, którzy nauczyli wielu sprawiedliwości,
jak gwiazdy przez wieki i na zawsze.
(Dn 12,2-3)

†M List (z niewielkimi zmianami) stanowi rozdz. 50 2-tomowej książki ks. Adama Skwarczyńskiego W SZKOLE KRZYŻA, wyd. Michalineum, ul. Piłsudskiego 248/252, 05-261 Marki 4. Książka wydana została „Za zgodą Kurii Biskupiej Warszawsko-Praskiej z dnia 10.05.1999 roku, numer 529(K)99”.

R., 9 II 1992, 1 XII ’94, 24 VII 2000.

Szanowna Pani, Siostro w Chrystusie,
Pijaństwo prowadzi do alkoholizmu czyli nałogu, który jest chorobą całego człowieka, a zarazem opętaniem diabelskim – przynajmniej w okresach zupełnej bezradności człowieka, prowadzącej niekiedy do rozpaczy.

Kto umiera w rozpaczy – jak napisałem w liście do alkoholika – popełnia ciężki grzech przeciwko Duchowi Świętemu i może być potępiony. Jeśli jednak umierając szczerze żałuje za grzechy (nawet bez spowiedzi) – będzie zbawiony, i to może nawet bardzo szybko, choćby rodzina lub ksiądz w to wątpili (np. popełnił samobójstwo po pijanemu): pokora zbliża go do Boga. Ten pokorny akt szczerego żalu możliwy jest jeszcze w momencie, gdy ktoś przestał dawać oznaki życia, więc nie powinniśmy go my, pozostający na ziemi, uważać za potępionego. Sąd mamy pozostawić Bogu, Sędziego zaś błagać o miłosierdzie w miejsce sprawiedliwości. Niech jednak to ufne błaganie nie będzie ograniczone czasem, gdyż Bóg zawsze wysłuchuje próśb o czyjeś zbawienie.

Zarówno alkoholik, jak i jego otoczenie, powinni sobie uświadomić, że: 1) trzeba stoczyć walkę o duszę ludzką z szatanem, 2) zwyciężyć w tej walce nie potrafi sam alkoholik, choćby nawet tak mu się wydawało; 3) pozostaje mu zatem ratunek z zewnątrz, proszę więc pomyśleć o swojej odpowiedzialności! Często się takiego człowieka oskarża, bo liczy się jeszcze na niego, na jego siły i możliwości, lecz jest to tak, jakby ktoś podszedł do sparaliżowanego i wymyślał mu, że leży w łóżku… 4) Ratunek ze strony otoczenia jest jednak możli­wy prawie wyłącznie w oparciu o pomoc Nieba, bo duchy nietrzeźwości i inne z nimi współpracujące tylko się z nas śmieją, gdy chcemy je zwalczać ludzkimi siłami. Nazwanie alkoholizmu „chorobą”i traktowanie jej na równi z innymi chorobami jest im bardzo na rękę, gdyż wtedy pozostają w ukryciu… Samo zaszycie esperalu (nazwa tej tabletki dla Hiszpana brzmi jako „środek budzący nadzieję”) nie napawa wielką nadzieją na poprawę sytuacji, jeśli w parze z tym środkiem nie idzie odrodzenie duchowe dotychczas uzależnionego1.

Skoro tak sprawa wygląda – proszę się zastanowić nad tym, czy Pani jest tu bez winy: czy zrobiła już wszystko, co było możliwe, i to od razu, gdy szatan zaczął zwyciężać? Skutki jego zwycięstw w Pani rodzinie wskazują na to, że nie: albo Pani nie zauważyła od razu zniewolenia i oparła się tylko na ludzkich środkach, albo zauważyła, lecz nie wykorzystała mocy broni, jaką daje nam Bóg (o niej dalej powiem), albo też korzystała, lecz zabrakło ufności w Boże zwycięstwo. Może było to oskarżanie Boga: ja już zdobyłam się na tyle wysiłku, tyle modlitw, postów, już tyle czasu, a Ty, Boże, nie dajesz nawrócenia!

Jest to jeden z podstawowych błędów ludzi „walczących”, zresztą powiększany przez sprytne działanie szatana, zniechęcającego do walki, mogącej doprowadzić do odebrania mu duszy.

Po pierwsze: skąd Pani wie, że to już „tak dużo”? Naprawdę dużo czyni się tylko z miłości, a tu może brakowało prawdziwej miłości do tego biednego, chorego i zniewolonego człowieka, własne „ja” natomiast było podstawą działania: „Boże, dlaczego ja się tak męczę, dlaczego mnie nie wysłuchujesz…” itp. Gdyby Pani zawsze kochała go takim, jakim jest – możliwe, że już dawno by nie był w podobnym stanie2.

Po drugie: może nie potrafiła Pani żyć prawdą, że każda modlitwa o czyjeś zbawienie jest przez Boga natychmiast wysłuchana (wiadomo, że chce On każdego zbawić) – idzie do skarbca Bożego Serca? Od niej zależy nawrócenie alkoholika jeśli nie na Pani oczach, to o wiele później, może dopiero w momencie śmierci. Tylko więc pyszałek i egoista powie: „Ileż w końcu można się modlić i pokutować za tamtego!”

Wróćmy jeszcze do pytania pierwszego: jak kochać bliźniego takim jakim jest, jak podejmować wysiłki, mające na celu okazanie mu pomocy, skoro te spotykają się z jego nastawieniem przeciwko nam samym? Otóż jest wyjście z tej sytuacji3, i to dla wielu dość szybkie – w zależności od włożonego w podane niżej „ćwiczenie” serca i gorliwości.

Najpierw trzeba się starać ukształtować w sobie, oczywiście przy potężnej pomocy z nieba, serce ojca syna marnotrawnego z Chrystu­sowej przypowieści (Łk 15,11-32), upodobniając się do Ojca Nie­bieskiego, gdyż o nim mówił Jego Syn.

Zwróćmy uwagę na to, że powracający syn w sensie duchowym jeszcze prawie nie zaczął wracać: tkwiąc w egoizmie, porównywał pustawe świńskie koryto z zawsze pełną miską sług swojego ojca, przy której chętnie by zasiadł. Tylko tej „miski” od ojca oczekiwał. Powtarza się to w wielu naszych domach, w których dzieci Boże, zbuntowane przeciwko Bogu i ludziom, oczekują od swojego otocze­nia tylko dóbr materialnych. „Zostawcie mnie w spokoju w moim własnym świecie, zamkniętym na wartości duchowe” – chcieliby powiedzieć głośno, lecz najczęściej „mówią” samą swoją postawą niechęci czy wręcz wrogości.

W podobnej sytuacji był ojciec syna, wracającego dlatego ze spuszczoną głową, by nie spojrzeć ojcu w oczy i nie odsłonić rany duszy. Co wtedy uczynił ojciec? Miłość nie brzydzi się cuchnącymi łachmanami i nie zwraca uwagi na chęć izolacji oraz krzyku całą postawą: „Zostaw mnie w spokoju, pozwól mi żyć między najniższymi sługami!” Miłość pierwsza wychodzi na spotkanie, otwiera szeroko ramiona i bierze w objęcia nędzarza, widząc w nim… w dalszym ciągu bogacza! Tak i my powinniśmy czynić, naśladując Boga, naszego Ojca: kochać każdego pełnią swojej miłości już w tej chwili, niezależnie od tego, kim i jakim jest. Nie zostawiać tej miłości „na później”, gdy już ów marnotrawny na nią (w naszym przekonaniu) „zasłuży”.

Chrystus powiedział wyraźnie: „Miłujcie się wzajemnie, jak Ja was umiłowałem”. Owo porównanie („jak Ja was”) może mieć tylko wtedy zastosowanie, gdy zdobędziemy się na miłość „całym sobą”, albo inaczej: aż po krzyż, jak u Chrystusa. Jest ona bardzo trudna, gdyż jest wezwaniem do pełnego heroizmu. Jednak wezwaniem właśnie do nas skierowanym.

Czujemy jednak niekiedy, że chociaż swoje „tak” (wobec Boga i ludzi) potwierdzamy wolą, to jeszcze nie znaczy: całym sobą, gdyż pozostaje sfera naszych uczuć, często wymykająca się spod naszej kontroli. Jak nakłonić swoje uczucia, byśmy na wzór ojca wraca­jącego syna marnotrawnego już dzisiaj zaczęli przygotowywać „huczną zabawę”? Jak do takiej miłości, powstrzymującej się od sądzenia i zapominającej wszystko, dojść?…..

___________________
1 Zniewolenie, a nawet opętanie diabelskie patrzącym z zewnątrz może swoimi objawami przypominać chorobę psychiczną; różnica między nimi jest jednak zasadnicza: chorobę można leczyć przy użyciu środków naturalnych, zaś zniewolenie można przezwyciężyć przy pomocy środków nadprzyrodzonych czyli w oparciu o moc Bożą, a nie ludzką. Człowiek może najwyżej przeciwstawić szatanowi swoją wolę walki i zdecydowanie, wytrwałość, ufność pokładaną w Bogu oraz w Jego Kościele i sakramentach, jak też umiejętność posłużenia się odpowiednimi rodzajami broni otrzymanej od Boga.
Czysto ludzkie środki też mogą i powinny tu być użyte, lecz jedynie jako pomocnicze: zmiana otoczenia i pozostawienie kompanów od kieliszka, odpowiednia praca i motywacja nadająca sens życiu, odtrucie organizmu i leczenie go itp.

Wiem, że w Pani sytuacji miłowanie zniewolonego bliźniego jest bardzo trudne, zwłaszcza wtedy, gdy czuje Pani w swoim wnętrzu jakby mur strachu, a chwilami odrazy, obojętności, nawet wrogości. Jak ten mur rozwalić? Do tego bardzo ważnego problemu powrócę za chwilę.

 Cytuję tu dłuższy fragment I tomu książki W Szkole Krzyża (dalej w skrócie: WSK), rozdz. 17.

****
List do nadużywającego alkoholu

Przyjdźcie do Mnie wszyscy,
którzy utrudzeni i obciążeni jesteście,
a Ja was pokrzepię.
Weźcie Moje jarzmo na siebie
i uczcie się ode Mnie,
bo jestem łagodny i pokorny sercem,
a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych.
Albowiem jarzmo Moje jest słodkie,
a Moje brzemię – lekkie.
(Mt 11,28-30)

                                            R., 13 II 1995.

Drogi Bracie w Najświętszych Sercach Jezusa i Maryi!

Być może brałeś udział w pogrzebach swoich kolegów lub znajomych, zmarłych po pijanemu i chowanych bez księdza, nad których wiecznym losem ludzie stawiają wielki znak zapytania… ?

A może sam otarłeś się już o śmierć, będąc tylko o krok od oddania się w ręce Boga-Sędziego?

Szatan chętnie ukazuje śmierć jako unicestwienie i czarną pustkę, namawiając: „Skończ ze sobą, bo wszystko straciło sens!” Bóg, poprzez różne wypadki, ostrzega i zachęca: „Przygotujcie się do życia wiecznego”. Oby Twoje dalsze życie na ziemi było takim właśnie przygotowaniem!

Pijaństwo prowadzi do alkoholizmu czyli nałogu, który jest „chorobą” całego człowieka, a zarazem zniewoleniem szatańskim – przynajmniej w okresach wielkiej bezradności człowieka, stawiającej go niekiedy u progu rozpaczy. Kto umiera w rozpaczy, uznając Boga za „okrutnika bez miłosierdzia” – popełnia tzw. grzech przeciwko Duchowi Świętemu, który nie może być odpuszczony ani w tym, ani w przyszłym życiu. Nic mu nie pomogą nawet setki Mszy, zamawianych przez rodzinę, gdyż otchłań wiecznej rozpaczy i bluźnierstwa Bogu – piekło – zamknęła się nad nim na zawsze!

Jeśli jednak umiera ze skruchą, świadom zmarnowanego życia, i z pokorą uderzy się w piersi – będzie zbawiony, i to może nawet bardzo szybko, choćby pozostający na ziemi w to wątpili (gdy np. popełnił samobójstwo po pijanemu): pokora sprawia, że może on podobać się Bogu.

Piszę o tym dlatego, byś sobie uświadomił, co następuje:
1) że do tej pory toczyła się walka Kościoła (Matki Bożej, aniołów i świętych, bliskich Ci dusz czyśćcowych oraz ludzi z ziemi) o Twoją duszę z szatanem. Możliwe, że ktoś składał za Ciebie Bogu wielkie duchowe ofiary, niósł swój ciężki krzyż, któremu Ty dodawałeś jeszcze ciężaru.
2) Walki nie byłeś w stanie toczyć sam, choć gotów byłeś wszystkich zapewniać o swoich możliwościach, a nawet wierzyłeś, że to prawda – że zawsze sam możesz wyjść z tego „dołka”.
3) Korzystając z pomocy Kościoła, nad którą może się nie zastanawiałeś, doszedłeś do momentu, w którym zapragnąłeś tak naprawdę wyrwać się z tej niewoli i wytrwać przy Bogu
4) Wytrwanie jest jednak możliwe prawie wyłącznie w oparciu o pomoc Nieba, bo duchy nietrzeźwości i inne z nimi współpracujące tylko się z nas śmieją, gdy chcemy je zwalczać ludzkimi siłami. Uznawanie alkoholizmu tylko za „chorobę” jest im bardzo na rękę, gdyż wtedy pozostają w ukryciu, a widzi się wyłącznie człowieka… Gdyby mitingi AA były terenem otwartej i zdecydowanej walki z szatanem, jak wiele można by było odnieść zwycięstw! Gdy jednak alkoholik podobny jest do ryby ciągniętej na żyłce przez piekielnego przeciwnika, czy pomoc kolegów i przyjaciół będzie skuteczna, jeśli otoczą go wtedy i będą ciągnąć ku sobie? Czyż „ryba”, ciągnięta w obie strony, nie ulegnie poranieniu, a może nawet rozerwaniu? Konieczna jest pomocna dłoń życzliwych ludzi, niech to będzie jednak dłoń uzbrojona przeciwko piekłu!

Jesteśmy na ogół takimi, jakimi wierzymy że jesteśmy. Jeżeli więc chcesz wytrwać w trzeźwości, nie nazywaj siebie „na zawsze chorym”, „duchowym kaleką” lub „alkoholikiem”1, gdyż to tylko utrudni Ci wytrwanie i walkę. Wtedy łatwiej mogłoby się stać to, co zapowiadał Pan Jezus (ewang. wg św. Mateusza 12,43-45): „Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku, ale nie znajduje. Wtedy mówi: «Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem»; a przyszedłszy zastaje go niezajętym, wymiecionym i przyozdobionym. Wtedy idzie i bierze ze sobą siedmiu  innych  duchów złośliwszych  niż  on  sam;  wchodzą i mieszkają tam. I staje się późniejszy stan owego człowieka gorszy, niż był poprzedni”.

– Za kogo więc mam siebie uważać? – zapytasz…

Jest już dobrze, jeśli uświadamiasz sobie, w czyjej niewoli do tej pory przebywałeś. Nie lubiłeś tych, którzy Cię osądzali, wytykali zło, a przez to powiększali wyrzuty sumienia. Stąd Twoja dotychczasowa samoobrona, często brutalna, skierowana była przeciwko ludziom trzeźwym, może nawet przeciw najbliższej rodzinie2. Zachowywałeś się zupełnie inaczej jako pijany, niż jako trzeźwy: przybywało Ci sił, argumentów, wrogości, używałeś słów, nigdy na trzeźwo nie używanych. To właśnie mogły być oznaki Twojego zniewolenia! Szatani chcieli przez Ciebie zdenerwować i wyprowadzić z równowagi, a nawet nastawić przeciwko Tobie, Twoich bliskich, a przez to pozbawić Cię pomocy i obrony. Gdyby ktoś sfilmował Twoje zachowanie i potem Ci pokazał – z pewnością z przerażeniem byś stwierdził: to niemożliwe, bym to był ja! To jakaś dzika bestia, a chwilami kompletny wariat!

Może słyszałeś o wizjach diabłów w ostatniej fazie alkoholizmu, wizjach, uznawanych niestety przez lekarzy tylko za „omamy” czyli grę wyobraźni? Jest to przecież chwila, gdy przeciwnik czuje się już bezpieczny i ujawnia się, mówiąc: jesteś mój! Obezwładniwszy rozum, wolę i pamięć, drwi sobie nie tylko z alkoholika, lecz i z jego otoczenia, bezradnie opuszczającego ręce. Jest już pewny, że uda mu się wpędzić nieszczęśnika w rozpacz, zwłaszcza w ostatnim, decydującym o wieczności momencie. Niestety to mu się udaje, i to niekiedy nawet wobec tych, którzy rzadko się upijają, jak mogłem się o tym przekonać w swojej parafii.

Chodzi o człowieka, znanego w okolicy z życia uczciwego i spo­kojnego. Po świątecznej gościnie u rodziny w okolicy Z. wracał on pociągiem do wsi pod S. w towarzystwie żony i dziecka. Miał „kaca”, lecz był na tyle trzeźwy, że pamiętał potem rozmowy prowadzone w pociągu. Gdy szli pieszo z przystanku kolejowego do domu, zatrzymał się przy lesie, pozornie „za swoją potrzebą”. Byłem później w tym miejscu i oglądałem stojący tam krzyż. Żona z dzieckiem i sąsiadem poszła dalej, coraz bardziej zwalniając kroku i niepokojąc się, że ich nie dogania; wreszcie wróciła nawołując, lecz odpowiedziała jej cisza… Okazało się, że kilka kroków od krzyża mąż … wisiał na pasku od kurtki! Przybiegł sąsiad i przeciął pasek, lecz zaledwie wisielec oprzytomniał, błyskawicznie zdołał się powiesić powtórnie na pasku od spodni! Zaalarmowani mieszkańcy wsi przez dwie godziny nie mogli go poskromić, ganiając go po lesie. Mówili, że ten zwykle słaby człowiek miał tak niezwykłą siłę, iż kopnięciem zwalał najsilniejszych; odrywał pas materiału i na ich oczach kilka­krotnie się wieszał…! Gdy wreszcie udało się go obezwładnić, wezwane pogotowie zrobiło mu zastrzyk uspokajający, po którym spał dwie doby bez przerwy. Sąsiedzi nie wytrzymali, by go nie zapytać, co z nim się działo. Okazało się, że dobrze pamiętał drogę z Z. do krzyża (nawet rozmowy w pociągu), lecz dalej miał lukę w pamięci: nie mógł pojąć, w jaki sposób znalazł się w łóżku… Dla kogoś, kto często walczy z potęgą piekła, nie jest to żadną zagadką. Nie zdziwi się nawet ani nie nazwie „złudzeniem” ani „przesadą” opowiadania sąsiadów o tym, że w ciemnym lesie widzieli jakby ogień, wydobywający się z ust poskramianego przez nich wisielca…

Nie da się złapać ryby na pusty haczyk. A jednak byłeś, drogi Bracie, „rybą złowioną”… Jaką więc „przynętą” posłużył się zły duch przy „łowieniu” Ciebie? Czy mógł on od razu obezwładnić duszę, pomijając Twoje ciało… ? – czytaj całość

Pobierz całość opracowania:
1) List do rodziny alkoholika: kliknij
2) List do nadużywającego alkoholu: kliknij

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wydarzenia i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

44 odpowiedzi na „Ks. Adam Skwarczyński: List do nadużywającego alkoholu oraz do jego rodziny

  1. wobroniewiary pisze:

    Do codziennego odmawiania przez niewolników NMP:

    Ja, N…, grzesznik niewierny, odnawiam i zatwierdzam dzisiaj w obliczu Twoim śluby Chrztu Św. Wyrzekam się na zawsze szatana, jego pychy i dzieł jego, a oddaję się całkowicie Jezusowi Chrystusowi, Mądrości wcielonej, by pójść za Nim, niosąc krzyż swój po wszystkie dni życia.
    Bym zaś wierniejszy Mu był, niż dotąd, obieram Cię dziś, Maryjo, w obliczu całego dworu niebieskiego za swą Matkę i Panią. Oddaję Ci i poświęcam jako niewolnik Twój, ciało i duszę swą, dobra wewnętrzne i zewnętrzne, nawet wartość dobrych moich uczynków, zarówno przeszłych, jak obecnych i przyszłych, pozostawiając Ci całkowite i zupełne prawo rozporządzania mną i wszystkim bez wyjątku co do mnie należy, według Twego upodobania, ku większej chwale Boga w czasie i wieczności.

    Módlmy się za siebie nawzajem, przyzywając opieki św. Michała Archanioła

    Święty Michale Archaniele wspomagaj nas w walce a przeciw niegodziwości
    i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty wodzu zastępów anielskich, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła Amen!
    Święty Michale Archaniele, który w brzasku swego istnienia wybrałeś Boga i całkowicie oddałeś się spełnianiu Jego świętej woli. Wstaw się za mną do Stwórcy, abym dzisiaj, za Twoim przykładem, na początku nowego dnia, otwierając się na działanie Ducha Świętego, w każdej chwili dawał się Bogu, wypełniając z miłością Jego świętą wolę. Niech razem z Tobą wołam bez ustanku: Któż jak Bóg! Przez Chrystusa Pana naszego. Amen

  2. Ehmm pisze:

    Nie wyobrażam sobie nieistnienia tej strony….

  3. Czytelniczka pisze:

    Dziękuję. Te słowa są

  4. Czytelniczka pisze:

    skierowane również do mnie.

    • Zinka pisze:

      Dziękuję księdzu Skwarczyńskiemu za te dwa listy . Jest w nich sama prawda .
      Potwierdzam .
      Mój brat nadużywał alkoholu i przeważnie wtedy miał odwagę próbować popełnić samobójstwo przez powieszenie się .Drugi mój brat ratował go wtedy ( trudno go było okiełznać bo emanował ogromną siłą ) , ale niestety pewnego dnia targnął się na swoje życie , mając zaledwie 22 lata , właśnie przymocowujac swój pasek od spodni do krzaka dzikiej róży . Udusił się tak na leżąco …
      Od tego zdarzenia minęło 32 lata , a ja otrzymałam trzykrotne potwierdzenie , że brat jest w czyśccu (oczywiście odbyły się za niego Msze święte Gregoriańskie i ja modlę się za niego codziennie ).
      Dobry Jezu a nasz Panie daj mu wieczne spoczywanie. Amen

      • Sylwia pisze:

        Alkoholizm to trudna sprawa, można powiedzieć że to nałóg całego świata. Niestety u wielu rodzin ten problem istnieje. U mnie też w rodzinie jest taki problem i to w kilku przypadkach. Tak alkohol niszczy człowieka do spodu. Pociąga za sobą konsekwencje w różny sposób. Bliska mi osoba która nadużywa alkohol niestety jest w takim ciągu że nie widzi swego nałogu. Mało tego, ta osoba sama nie wie już co mówi, ma myśl samobójcze. Nie da się przekonać że potrzebna jest terapia. W zamian za to wysyła innych do wariatkowa. Smutne to i bardzo mnie to boli, bo nie wiem jak już pomóc. Jedynie tylko modlitwa.
        Ale choć jedno światełko to Boże światełko rozjaśniło ciemności. Inna osoba za którą się modliłam i nie tylko ja ale i inni też, powraca na właściwe tory. Jeszcze długa droga przed nią. Ale nałóg alkoholowy zawiódł tę osobę aż do więzienia. Gdzie przeszła na odwyk. Teraz jest na wolności i jest innym człowiekiem. Pokładam ufność w Panu że wytrwa w trzeźwości.

  5. To nie tylko skierowane do alkoholików, ale również do nałogowych hazardzistów… Zresztą, do każdego uzależnionego, nieważne co go uzależnia…

  6. Jacek pisze:

    Odejście od Boga to najkrótsza droga do zła.
    Ten tylko czeka na ofiarę jak hiena, by go pożreć.
    Będąc z Bogiem zło nas nie dosięgnie
    i tu jest przyczynek do sedna sprawy.
    Pozdrawiam z Panem Bogiem i Niepokalaną

  7. Ania pisze:

    Nie wiem gdzie to napisać.chyba tu dobre miejsce.,bo chodzi o himalaiste który odchodzi już najprawdopodobniej z tego swiata na K2.możliwe że był uzależniony od gór, od ryzyka.nie wiem.wiem że jest w potrzebie i kochani ludzie dobrej woli pomodlmy się za niego Koronkę do Miłosierdzia Bożego,by jego dusza była wybawiona.Bądźmy milosierni i dla tych moze trochę lekkomyslnych😢bycmoze szukajacych wlasnie Boga wysoko w gorach.modlmy sie za Pana Tomasza Mackiewicza

    • wobroniewiary pisze:

      Przepraszam, ale chcę znać prawdę.
      Ks. Marek Bałwas pisze, że w TV mówił o talizmanach, które mu towarzyszą w zdobyciu K2. A więc „wierzę w Boga, śpiewam Abba Ojcze, zostawiam żonę i 3 dzieci a na drogę zabieram talizmany”?
      Nie potępiam ale i nie kanonizuję!

      „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Miałem napisać post już wczoraj wieczorem, ale dzisiejszy poranek mnie do tego wręcz przymusił. Oglądałem wczorajsze wiadomości i mocno mnie zmartwił wątek, wielkiej wiary w amulety, naszych polskich wspinaczy. Idą oni na K2 i opowiadali jakie to mają amulety i jaka jest ich wiara w ich moc… A dzisiaj „przypadkiem”, choć nigdy nie oglądam, włączyłem TVP2 i tam w Pytaniu na śniadanie doznałem przerażenia…..”

      • Paweł pisze:

        Z jednej strony niedawno profesor teologii moralnej z KUL uzasadnił ogólnie etyczność wypraw w Himalaje – http://info.wiara.pl/doc/4476548.Profesor-teologii-moralnej-z-KUL-o-etycznosci-wypraw-w-Himalaje – a z drugiej strony przypominają mi się takie słowa księgi Mądrości Syracha z Biblii Tysiąclecia:

        3, 26 (…) miłujący niebezpieczeństwo w nim zginie.
        http://www.biblia.deon.pl/rozdzial.php?id=593

        Biblia Warszawsko-Praska tłumaczy zaś te słowa tak:

        3, 26 (…) kto na zło się naraża, ten od niego zginie.

        [Za: „Pismo święte Starego i Nowego Testamentu z komentarzami Jana Pawła II” – w przekładzie z języków oryginalnych opracował biskup Kazimierz Romaniuk, wydanie Wydawnictwa „M” – „z okazji kanonizacji Jana Pawła II”, Kraków 2014, IMPRIMATUR: Warszawa, dnia 7 marca 2005 r., za zgodą Kurii Biskupiej Warszawsko-Praskiej z dnia 7 marca 2005 r. nr 223(K)2005, biskup Stanisław Kędziora, Wikariusz Generalny, ks. Romuald Kamiński, Kanclerz Kurii; str. 683]

        Można tu jeszcze odnotować, że z kolei Biblia Poznańska odczytuje tu inny sens, ale też bardzo pouczający:
        3, 26 (…) kto miłuje dobro, ono go poprowadzi.

        [Za: „Pismo święte – Stary i Nowy Testament – w przekładzie z języków oryginalnych” – opracował zespół pod redakcją ks. Michała Petera i ks. Mariana Wolniewicza, wydanie pierwsze „Księgarni św. Wojciecha”, Poznań 2006, IMPRIMATUR: Poznań, 31 marca 2003 roku, +Marek Jędraszewski, Wikariusz Generalny; str. 952]

        • Paweł pisze:

          Okazuje się, że w internecie dostępny jest ponadto w całości tekst tzw. Biblii Częstochowskiej, czyli Biblii Paulistów, w której powyższe słowa z księgi Mądrości Syracha brzmią:

          3, 26 (…) zginie ten, kto lubuje się w niebezpieczeństwach.
          http://www.verbumregis.pl/#/reading

      • eska pisze:

        Tomasza Mackiewicza ratowano na Nanga Parbat, a nie na K2. Ekipa ratunkowa to byli członkowie wyprawy, ktorzy mieli ruszać na K2 i spod K2 zostali przetransportowani na akcję na Nanga Parbat. Nie wiem, może to oni chwalili się talizmanami, skoro ks. Bałwas mówił o członkach wyprawy na K2. Z drugiej strony Pan Bóg chyba tej akcji sprzyjał. Miała być wczoraj pogoda nie na akcję, a było wręcz lepiej, niż zwykle bywa. Któryś z himalaistów wyraził się: „to jakiś fenomen”. Ponadto dwójka ratowników pokonała trasę szacowaną na 20 godzin w 8,5h i tylko dzięki temu zdążyli zejść ze znalezioną partnerką Mackiewicza na czas przed załamaniem pogody. Prawdę mówiąc trudno mi sobie wytłumaczyć przebieg tej akcji inaczej, niż pomocą od Boga – śledząc to, co o akcji mówili himalaiści i znawcy tematu.
        Żona T. Mackiewicza podczas akcji ratunkowej prosiła o modlitwę za męża.
        Ja się modliłam. Nawet nie wiem czemu śledziłam losy akcji ratunkowej – normalnie się wspinaczkami nie interesuję. Tłumaczę to sobie tak, że Bóg potrzebował, aby się za nich modlić. Dodam jeszcze, że odnowiła mi się wczoraj dolegliwość, której nie miałam od 1,5 roku. Ofiarowałam ją za tych wszystkich himalaistów – ratowanych i ratujących. Dolegliwość przeszła, gdy śmigłowce zabrały ich w bezpieczne miejsce, na niedługi czas przed załamaniem pogody.

        • eska pisze:

          Śmigłowce zabrały oczywiście ratujących oraz uratowaną Elizabeth Revol. Po Tomasza Mackiewicza nie było już jak wrócić z powodu pogody.

  8. kasiaJa pisze:

    „Uczyńmy Matkę Bożą gościem naszego codziennego życia, stałą obecnością w naszym domu, naszą bezpieczną przystanią” – powiedział papież podczas Mszy św. sprawowanej w bazylice Santa Maria Maggiore z okazji święta przeniesienia ikony Salus Popolu Romani. Obraz patronki Rzymu powrócił niedawno z konserwacji. Jego gruntownego oczyszczenia podjęły się pracownie konserwacji Muzeów Watykańskich.

    W swojej homilii Ojciec Święty nawiązał do jednej z najstarszych antyfon maryjnych „Pod Twoją obronę”.

    Podkreślił, że u Maryi szukajmy schronienia pod jej płaszczem. „Matka strzeże wiary, chroni relacje, ocala przed niepogodą i zachowuje od zła. Tam, gdzie Matka Boża jest w domu, diabeł nie wchodzi; tam, gdzie jest Matka, nie góruje niepokój, nie wygrywa lęk. Któż z nas tego nie potrzebuje, któż z nas nie jest czasami zdenerwowany lub niespokojny? Jak często serce jest burzliwym morzem, gdzie fale problemów nakładają się jedna na drugą i nie przestają wiać wiatry niepokoju! Maryja jest pewną arką pośród powodzi. To nie idee i technologie zapewnią nam pociechę i nadzieję, ale oblicze Matki, jej dłonie, które pieszczą życie, jej płaszcz, który nas chroni. Uczymy się szukać schronienia, idąc codziennie do Matki” – powiedział Franciszek.

    Następnie papież zauważył, że kiedy zwracamy się do Maryi z błaganiem, ona oręduje za nami. Tak jak w Kanie Galilejskiej dostrzega ludzkie potrzeby i za każdym razem, gdy jej przyzywamy podejmuje działania. „Dostrzega trudy, wrażliwa na zaburzenia, bliska sercu. I nigdy, przenigdy nie gardzi naszymi modlitwami; nie pozwala, by choćby jedna upadła. Ona jest Matką, nigdy się nas nie wstydzi, a wręcz czeka, aby mogła pomóc swoim dzieciom” – zapewnił Ojciec Święty.
    http://niedziela.pl/artykul/33504/Franciszek-bez-Maryi-mozemy-zatracic

  9. wobroniewiary pisze:

    Trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość

  10. piotr wiśniewski pisze:

    proszę księdza za modlitwę o moją rodzinę w której tata jest alkoholikiem czynnym brat też choć pije z przerwami a ja kiedyś miałem ten problem teraz od wielu lat składam przysięgi abstynenckie w bractwie trzeźwości u Ojców kapucynów aktualna skończy mi się w 2023 roku i modlę się o to bym do końca życia nie wypił nawet kropli alkoholu czego życzę tacie i bratu

    +++

    • wobroniewiary pisze:

      A ja tak się głupia obawiałam, czy ten wpis komuś się przyda, prosiłam o znak „Panie Boże, obyśmy pomogli chociaż jednej osobie, która sama ma lub miała problem z alkoholem, nie tylko jej rodzinie.”…

      Osobiście przekażę Twoja prośbę o modlitwę do ks. Adama.

      Przy okazji sama proszę o modlitwę za śp. mojego tatę i śp. brata ciotecznego, którzy mieli w swoim życiu problem alkoholowy

      • Sylwek pisze:

        Przyda się i to bardzo!! Jak to przekazać szwagrowi młodemu chłopakowi żeby chociaż przeczytał, szkoda go $ nie ma a pije bo mu dają

      • Jolanta Rzepa pisze:

        To bardzo trudny, ale jeszcze bardziej aktualny temat, niż nam się wydaje. Bóg zapłać za te teksty. Otrzymałam je również (i natychmiast przeczytałam) w prywatnej wiadomości jako odpowiedź na moją prośbę o interpretację fragmentu jednego z poprzednich wpisów Ks. Adama. Jestem pod ogromnym wrażeniem prawd zawartych w obu listach i od dwóch dni wprowadzam je w czyn. Zaczęłam dostrzegać w mężu człowieka, który mimo uzależnienia ma swoją wartość i godność. Zaczęłam okazywać mu więcej uczuć i walczyć ze swoją oschłością wobec niego. Polecam zapoznać się z tymi tekstami wszystkim, którym bliski jest problem alkoholizmu. Proszę o modlitwę za moją rodzinę i zapewniam o własnej modlitwie we wszystkich intencjach Ks. Adama oraz czytelników WOWiT. Z Panem Bogiem! ❤

        • Aleksandra pisze:

          jestem córką alkoholika i przy tym awanturnika, więc wiem przez co przechodzisz Jolanto ze swoją Rodziną. Będę się codziennie za Was modliła. Niech Matka Boża ma Was codziennie w swojej opiece.

  11. Maria pisze:

    Nagranie odnośnie talizmanów himalaistów; http://www.panorama.tvp.pl/35734000/talizmany-na-k2

    • wobroniewiary pisze:

      Dziękuję
      „Panu Bogu swemu będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz”

      Jakie piękne słowa z dzisiejszego psalmu ❤
       
      Przyjdźcie, uwielbiajmy Go, padając na twarze,
      klęknijmy przed Panem, który nas stworzył.
      Albowiem On jest naszym Bogiem,
      a my ludem Jego pastwiska i owcami w Jego ręku.
      Z psalmu 95 (94)

    • Ania pisze:

      Kamień Dżi, mini hak, zdjęcie rodziny. Chcą mieć choćby ułudę bezpieczeństwa na ścianie. Polscy himalaiści zdradzili, jakie talizmany zabierają ze sobą w góry.

      – Każdy z nas ma na sobie coś takiego, co mu przypomina dom albo coś, co daje chociażby ułudę bezpieczeństwa w ścianie – opowiada Rafał Fronia. Sam ma kilka takich przedmiotów. Najważniejszy to kamień dżi, pierwszy spośród „himalajskich” talizmanów, który ma uchronić przed lawinami i sprawić, by bezpiecznie zeszli.

      Fronia ma też na szyi kamień ze szczytu Lhotse, minihak i poświęcony podczas obrzędu zwanego pudża czerwony sznureczek, który specjalnie na jego szyję założył Lama.

      http://www.tvp.info/35733706/zdjecie-rodziny-minihak-na-szyi-himalaisci-wierza-w-moc-talizmanow

  12. Dorota pisze:

    Bóg zapłać za publikację tych cennych listów Ks. Adama .
    Wydrukuję i podaruję osobom uzależnionym i współuzależnionym w mojej rodzinie.
    Ludzie poszukują pomocy w różnych” Poradniach” , ale nie wiedzą gdzie tak naprawdę szukać pomocy . Jezus Chrystus jest lekarzem duszy i ciała !

  13. Krystyna pisze:

    Pani Doroto dołączam się do podziękowań za listy i ich publikacje. Już wydrukowałam i dam mojej siostrze i szwagrowi. Wierzę, że przyniesie to owoce. Za uzależnionych i ich rodziny +++
    Pani Ewo dziękuję.

  14. Ania pisze:

    MEDZIUGORJE, rozważania o.Jozo Zovko do orędzia z 25.12.2017
    Drogie dzieci! Dziś przynoszę wam mojego Syna Jezusa, aby dał wam swój pokój i błogosławieństwo. Dzieci, wzywam was wszystkich, abyście żyli i dawali świadectwo łaski i darów, które przyjęliście. Nie bójcie się! Módlcie się, aby Duch Święty dał wam siłę, abyście byli radosnymi świadkami i ludźmi pokoju i nadziei. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie.”

    Droga rodzino modlitewna!

    Okres Bożego Narodzenia to czas wzajemnej wymiany życzeń między ludźmi. Te zwyczajowo dobre słowa budzą uśmiech na twarzy i wdzięczność tych, którzy życzenia przyjmują. Do tego dochodzi zwyczaj obdarowywania prezentami, zwłaszcza dzieci i seniorów. Wszystko to składa się na pewien wzorzec kulturowy, związany z chrześcijańską obyczajowością. Nowością są formy przesyłania życzeń i mam tu na myśli miliony przesyłanych SMS-ów do bliskich i znajomych, które często stanowią jedyną formą kontaktu między ludźmi w ciągu całego roku. Lecz kiedy czas świętowania mija, wszystko wraca do normalności i życie biegnie swoim torem. Jest jednak jedno niezwykłe życzenie, które w dzień Bożego Narodzenia przekazała nam sama Królowa Pokoju. To życzenie w swej najgłębszej istocie przynosi radosną wieść dla wszystkich ludzi. To nie są życzenia zdawkowe, rutynowe, jakie przekazują sobie ludzie z takiej okazji, lecz to jest wydarzenie na które czeka każde człowiecze serce. „Dziś przynoszę wam mojego Syna Jezusa, aby dał wam swój pokój i błogosławieństwo”. Te radosne słowa dają nam pewność, że to Dziecię jest zaiste naszym Pokojem i Błogosławieństwem. Tymczasem na ziemi nie ma pokoju, a z każdym dniem jest go nawet coraz mniej. Pokój jest najbardziej cenionym dobrem i należy do synów bożych, natomiast konflikty i niepokój są owocem nienawiści Szatana i jego sług. Człowiek sam, bez Boga, nie może zapewnić pokoju ani na ziemi, ani we własnym sercu, ani w rodzinie, ani między narodami. Utraciliśmy pokój w momencie kiedy człowiek w swojej pysze wymyślił, że to on sam, bez Boga, może go dać ludziom. Dlatego więc życzenia z okazji świąt wielkich tego świata, mają wyłącznie ludzki wymiar, są puste i bezowocne.

    Maryja przynosi nam swojego umiłowanego Syna, Boga, w maleńkim i kruchym ludzkim ciele. Kiedy otwieramy się na Niego i akceptujemy Go, staje się naszym pokojem i błogosławieństwem. Dlatego każdy szczerze wierzący człowiek czuje się szczęśliwy i błogosławiony. I jako taki, posiada dar, których inni nie posiadają, a więc i drugim dać go nie mogą.

    Jesteśmy powołani do tego, aby żyć na miarę otrzymanych darów od Boga i świadczyć o nich swoim życiem. Dar pokoju jest znakiem, że przyjęliśmy go od samego Boga w dniu Jego Narodzenia. Ludzka pycha każe człowiekowi przypisywać ten dar sobie samemu i traktować go jako własną zasługę. Każe wyśpiewywać hymny pochwalne na swoją cześć i uwieczniać siebie w literaturze, jako herosa, legendę, wprost zbawiciela. Stąd słowa Maryi „ wzywam was wszystkich, abyście żyli i dawali świadectwo łaski i darów, które przyjęliście”.

    Cóż masz, czego byś nie otrzymał od Pana Boga? Jeśli zaś wszystko otrzymałeś, to czym się chwalisz, tak jakbyś niczego nie otrzymał? Boże Narodzenie jest największym darem dla ziemi i wszystkich ludzi na niej żyjących. Z tego względu nie wolno nam żyć tak jakby wszystko było w czarnym kolorze, bo ziemia pełna jest życia i wspaniałych barw. Nie wolno nam żyć w ustawicznym lęku i przemieniać naszą planetę w koszary i magazyny broni. Ziemia jest stworzona jako ziemski raj, a nie piekło. Kiedy przyjmujemy i akceptujemy Jezusa oraz Jego i naszą Matkę to znaczy, że przebywamy z Osobami, które darzą nas pokojem i miłością. Jeśli całym sercem przyjmiesz pokój i błogosławieństwo, wielkie dary Boże, musisz stać się świadkiem, żołnierzem strzegącym pokoju i miłości, który broni pokoju i dobra pośród ludzi. Tak wiele darów otrzymaliśmy, a tak mało do tej pory uczyniliśmy. Zatem klękając przed żłóbkiem, zawołaj za świętym Franciszkiem: „ Bracia, tak mało dotąd zrobiliśmy. Zacznijmy więc od dzisiaj”. Nie odwracaj się od, którzy poszukują, którzy płaczą, którzy cierpią niedostatek, którzy są odrzuceni, którzy wszystko utracili. Powiedz im, powtarzając za naszą Matką: „Nie bójcie się!” Albowiem tu jest wasz Pokój i wszelkie Błogosławieństwo!

    W tym miesiącu modlimy się w następujących intencjach:

    O pokój w naszych sercach, w każdej rodzinie, w Kościele i w całym świecie.

    Za pielgrzymów, aby na podobieństwo pasterzy odnaleźli Matkę i Syna w Tajemnicach Świętych i w modlitwie Kościoła. Za biskupów i Ojca Świętego, aby na podobieństwo Mędrców znaleźli Jezusa i Jego Matkę.

    Za chorych i cierpiących, za wszystkich zagrożonych i zrozpaczonych, za wiernych z parafii Medziugorje, by w każdym pielgrzymie dostrzegli Jezusa, których ich do nich posyła i by nigdy nie utracili wrażliwości, którą otrzymali w darze, by służyć braciom w potrzebie.

  15. MariaPietrzak pisze:

    Nie tylko uzaleznionym , ale nam wszystkim potrzeba … poruszenia wyobrazni , przypomnienia , i moze duchowego wytrzezwienia , gdy doba rozpasania , niehamowania zadz , buntu , pychy , ludzkiej zlosci czy zarozumialosci . Wzrastajacej , pozerajecej wszystko konsumpcji , jak mowi Ojciec Pelanowski .

    ***
    Świadectwo Siostry Anny Grzybowskiej, Szarytki , spisane przez Siostrę Dorotę Trybułę, ze Zgromadzenia SS. Zmartwychwstanek – Rycerz Niepokalanej 11/1996.
    /
    Siostrę Annę Grzybowską, szarytkę, znało kilka naszych zakonnic, które do tej pory żyją.
    Jej rodzona siostra Brygida (zm. 26 II 1976) należała do naszego zgromadzenia SS. Zmartwychwstanek.
    Ostatnie lata spędziła w Wejherowie.
    S. Anna odwiedzała ją i pielęgnowała. Opowiadała wtedy o swoich nadzwyczajnych przygodach wojennych, które na prośbę naszych sióstr spisała – S. M. Dorota Trybuła CR, 14 II 1996

    ***
    DZIĘKI CI, MARYJO, TYŚ MNIE URATOWAŁA!
    Pamiętnym wydarzeniem z czasu mojej pracy w szpitalu po drugim zajęciu Lwowa przez Rosjan była śmierć 26-letniego Franka N. Był on wielkim zbrodniarzem i przestępcą, co ujawniło się dopiero przy jego śmierci. Do wybuchu wojny pracował jako woźnica w Zakładzie Nieuleczalnie Chorych. W chwili rozpoczęcia działań wojennych porzucił samowolnie dotychczasowe zajęcia i przyłączył się do bandy rabusiów.
    Nawrócenie jego było dziełem miłosierdzia Matki Najświętszej.
    Wyprosiła je codziennym odmawianiem różańca przez sześć lat siostra szarytka Zamysłowska.
    Była ona przełożoną Zakładu, w którym Franek pracował i z którego uciekł ku jej wielkiemu zmartwieniu.

    Nawrócenie Franka /
    Do Szpitala na klinikę chirurgiczną przywieziono go w 1945 r. w bardzo ciężkim stanie. Miał gruźlicę płuc i ropne zapalenie opłucnej na tle gruźliczym. Leżał na klinice trzy miesiące. W tym okresie trzy razy zgłaszał się do spowiedzi i Komunii św. Stan zdrowia Franka w trzecim miesiącu pogarszał się z dnia na dzień. 31 X 1945 r. o godz. 15, w czasie gdyśmy ścieliły łóżko i poprawiały pozycję chorego, nastąpił silny krwotok płucny. Zalane zostały krwią łóżko i podłoga, a również ja z drugą siostrą, i to od twarzy aż do stóp.
    Mimo to Franek nie zakończył życia, ale zaczął krzyczeć, że widzi szatanów i piekło otwarte, do którego usiłują go wciągnąć przy pomocy różnych narzędzi.
    Równocześnie duszę jego paliły popełnione zbrodnie.
    Wyznawał je teraz głośno, wołając rozpaczliwie: „Księdza!!!” i zasłaniając się siostrami (które trzymał oburęcz) przed atakiem złych duchów.
    Przykurczył nogi pod siebie i szamotał się w okropnym przerażeniu.
    Zachęta do ufności w Miłosierdzie Boże i poddawane akty żalu doskonałego nie uspokajały umierającego.
    Sytuacja stawała się rozpaczliwa.
    O tej porze znaleźć księdza na terenie szpitala równało się z cudem, a ks. kapelan mieszkał na plebanii [parafii] św. Antoniego, kilometr od kliniki.
    Proszę Franka, żeby mnie puścił, to pójdę szukać księdza, a on na to: „Nie puszczę, bo mnie szatani porwą”.
    Podaję Frankowi różaniec i mówię: „Trzymaj, on cię też zasłoni od szatanów, a mnie puść”.
    Wyszłam zrozpaczona na korytarz, i o cudo!: korytarzem idzie ksiądz karmelita z obiadem do chorego brata zakonnego.
    Proszę go, aby zostawił torbę na korytarzu, a sam przyszedł na salę, aby udzielić rozgrzeszenia umierającemu, równocześnie podaję mu stułę i oleje święte.
    Gdy kapłan stanął na sali, piekło w tej chwili zniknęło wraz z szatanami.
    Franek wyciągnął przykurczone nogi i zaczął od początku litanię okropnych zbrodni, nie zapominając i o świętokradztwach, co już wszyscy obecni na sali słyszeli drugi raz.
    Kapłan mówi do penitenta: „Ciszej, ciszej…”, ale Franek stanowczym głosem mówi: „Żadne cicho, na Sądzie Bożym cały świat będzie wiedział, jakie zbrodnie popełniłem!” – i dalej wyrzucał z siebie to, co stanowiło jego największą mękę.
    Gdy skończył i otrzymał rozgrzeszenie, uspokoił się zupełnie, wyciągnął ręce jakby do kogoś na przywitanie i ostatkiem sił krzyknął: „Dzięki Ci, Maryjo, Tyś mnie uratowała!”, a złożywszy ręce na piersiach, skonał.
    Namaszczenie otrzymał już jako zmarły.

    Sześciogodzinna spowiedź/
    Zrobiłyśmy z drugą siostrą porządek ze zwłokami, z łóżkiem i podłogą, żeby nikt więcej nie zakażał się. Umyłyśmy się same, przebrały chałaty i poszły do dalszych obowiązków, s. Cecylia na salę nr 10, a ja z powrotem na salę nr 5, gdzie oprócz Franka leżało jeszcze ośmiu ciężko chorych mężczyzn.
    Jakież było moje zdziwienie, gdy żaden z chorych nie leżał w łóżku, ale wszyscy pod łóżkami, z głowami nakrytymi poduszkami i materacami.
    Nawet chory na wyciągu, z kolanem rozbitym kulą dum-dum i ciężką raną na udzie, leżał pod łóżkiem, uwolniony ze stalowych drutów i obciążenia nogi.
    Kiedy zobaczyłam jego twarz, był zmieniony nie do poznania: włosy białe, a oczy [uciekające] pod powieki.
    Kurczowo trzymał materac na głowie i przeraźliwym głosem żądał księdza, i to natychmiast.
    O księdza wołali też wszyscy inni.

    http://www.duchprawdy.com/s_anna_grzybowska_swiadectwo_wizja_piekla.htm

  16. Ania pisze:

    Zycie z alkoholikiem to taka huśtawka emocjonalna. Faktycznie taki pijany człowiek wyglada jak chory psychicznie, jakby był zupełnie kimś innym, i potem wydaje mu się ze pamięta inaczej niż było. Dla żony jest to niesamowicie trudne. I dzieci odczuwają. I uczucie bezradności, bezsilności, stres, smutek, żal, poniżenie.

  17. piotr wiśniewski pisze:

    +++

  18. MariaPietrzak pisze:

    Jakze wazna jest przyczyna , ktora prowadzi czlowieka do uzaleznienia , do dramatu .
    Sama znalam kobiete , serdeczna i wrazliwa , ale tego zachodniego , ateistycznego chowu , ktora psychicznie nie wytrzymala . Na niewiare szukala antidotum w jodze i wschodnich propozycjach , a jest ich niemalo . Czegos jej jednak brakowalo ….
    Zdradzana , i ostatecznie opuszczona przez meza , najpierw wpadla w alkoholizm , a potem … nie wiem , czy bylo to serce … czy samobojstwo . Nie dozyla piecdziesiatki .

    &
    Ks. Robert Skrzypczak / “Benedykt obudził bestię”
    ( fragment )

    Click to access Fronda50.pdf


    Współczesna kultura stara się nas przekonać, że życie to zabawa.
    “Niech ci ponuracy biorą się z życiem za bary sami, my chcemy się śmiać.”
    Czyżby więc panaceum na nieudaną egzystencję miał być program rozrywkowy albo porządny sen?
    W świecie, w którym nikt nie ceni sobie prawdy, liczą się dobre trawienie i środki nasenne.
    Bóg jest zbyt angażujący,
    ewangelia zbyt wymagająca,
    dekalog zbyt kategoryczny,
    Kościół zbyt staroświecki.
    “Najlepiej przestać się tym wszystkim przejmować.
    Zafundujmy sobie przyjemną, odprężającą ateistyczną drzemkę”.
    (…)
    &
    Skąd zatem bierze się niewyobrażalna epidemia gniewu, depresji czy uzależnień, ogarniająca społeczeństwa zasobne?
    Prawdziwym problemem okazuje się nie tyle kryzys człowieka, ile „kryzys Boga”.
    Wiele osób żyje dziś według sloganu: „Boga nie ma, a jeśli nawet jest, to i tak nieważne”.
    Jest to niewątpliwie rozwinięcie formuły wyrażonej przed stu laty przez Fryderyka Nietzschego: „Bóg umarł… i myśmy Go zabili”.
    Dla ludzkiej egzystencji okazuje się więc decydujące, czy Bóg istnieje, czy też nie.
    Już pod koniec XVIII wieku niemiecki poeta Jean-Paul Richter opisał ten stan następująco:

    „Pewnego letniego wieczoru leżałem na jednym z pagórków twarzą do słońca, gdy ogarnął mnie sen. Śniło mi się, że przebudziłem się w krainie umarłych.
    Cienie zgromadziły się wokół ołtarza i wszystkim, zamiast serca, pulsowały klatki piersiowe.
    Nagle spadła na ołtarz wzniosła postać, w której dostrzec można było nieskończony ból.
    I wszyscy umarli poczęli wołać: «Chryste, Chryste, czy Bóg istnieje?».
    Cieniem każdego z umarłych wstrząsały drgawki i z powodu tego drżenia wszyscy jeden od drugiego trzymali się na odległość.
    Chrystus powiedział: «Przemierzyłem góry, wstąpiłem na słońca i drogi mleczne, obszedłem pustynie niebieskie, lecz nie ma żadnego Boga.
    Zstąpiłem w otchłanie, zbadałem czeluście i wołałem: Ojcze, gdzie jesteś?
    Lecz słyszałem jedynie wiekuistą nawałnicę, której nikt nie ujarzmia oraz połyskującą tęczę istnień tam u spodu, której żadne słońce nie tworzy… wszystko, wszystko zionęło wielką pustką».
    Zmarłe dzieci, które ocknęły się na cmentarzu, rzucały się ku wzniosłej postaci na ołtarzu, krzycząc: «Jezu, nie mamy ojca?».
    A on wybuchając płaczem, odpowiadał: «Wszyscy jesteśmy sierotami, i ja, i wy. Nie mamy żadnego ojca».
    Całość stała się nieznośna, ponura i przygnębiająca.

    Niezwykle wielki batalion gotował się do ostatecznej rozprawy, by zdruzgotać wszechświat, gdy się ocknąłem.

    Moja dusza płakała z radości,
    że wciąż
    mogę adorować Boga”.

    &
    Wiele , bardzo wiele jest “niespokojnych serc” , ofiar systemow , wychowania , grzechu , zaniedbania , teskniacych … poszukujacych ( tu łaski potrzeba ) ,
    a nie znalawszy , zastepujacych , Boga , substytutami .
    … to dlatego tak czesto slyszymy z Nieba …
    “Badzcie moim Sercem i moimi wyciagnietymi ramionami”
    &
    Drżąc bezsilnie w Twoim spojrzeniu
    Jak w dziobie mewy złowiona ryba,
    Z głębi mej nędzy wołam do Ciebie:
    „Wysłuchaj mojego głosu i moich dziejów
    I nakłoń uszy swoje na głos moich modlitw,
    I uczyń mnie dobrym człowiekiem,
    Albowiem tylko wówczas
    Jestem,
    Gdy jestem dobry.
    Oto jedyna wiara
    Mojego człowieczeństwa
    I istnienia „

    Idąc przez mój niski dzień
    Pochylam czoło,
    Ciężkie od pochmurnych chórów.

    Nic nie jest przypadkiem.

    Ty nie grasz w kości , Boże,
    I dlatego jesteś bardzo złożony,
    W swojej niepodzielnej i troistej Jedności,
    I dlatego zmierzam do Ciebie
    Trudnymi drogami,
    Przez niedocieczone prawa i formuły,
    Przez materię, która jest energią,
    Przez linię prostą, która jest linią krzywą,
    I przez promieniowanie martwych przedmiotów.

    Niech będą błogosławione wszystkie drogi,
    Proste,krzywe i dookolne,
    Jeżeli prowadzą do Ciebie,
    Albowiem moja dusza bardziej tęskni za Tobą,
    Niż tęsknią nocami stróże, pokryci rosą,
    Za wschodzącym słońcem.

    Połóż dłoń na człowieczej trzcinie
    I dotknięciem palców obudź w niej
    Muzykę nowego życia,
    Boże.

    / Spotkanie z Bogiem / Roman Brandstaetter

  19. piotr wiśniewski pisze:

    dzisiaj byłem na Mszy Świętej w intencji twojego taty i brata ciotecznego

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s